Przychodnia weterynaryjna Feniks

Zamiast ostatniego pożegnania

Zamiast ostatniego pożegnania
Za oknami jesień, niby czas na chwilę zadumy, czy refleksji. Dla nas też dziś przyszedł taki moment. Przychodnia Feniks pracuje już 13 rok Przez ten czas, zagościło u nas wiele zwierząt, ale i wielu ludzi, Każdy ze swoją historią, czasem dobrą, a czasem złą, zawsze jednak niepowtarzalną, a są takie, co na trwałe zostawiły ślad w sercu.. .
To jest jedna z takich historii. Do tego stopnia mną wstrząsnęła, że chciałbym się z Państwem podzielić emocjami, które szarpią mną, aż do trzewi..
Od początku istnienia Feniksa, tak się stało, że ze strony naszych klientów spotykały nas różne sytuacje w których czynnie braliśmy udział. Były niejedne chrzciny, przetańczyliśmy niejedno wesele, a i żegnać nam przyszło czasem nie tylko zwierzęta, ale i ludzi..

 
Od samego początku istnienia naszej przychodni przychodziły do nas trzy Panie zwane potocznie „karmicielkami kotów”. To takie Panie, które bez względu na zasobność portfela, na pogodę, czy własne zdrowie, dokarmiają istoty, które bez pomocy człowieka nie miałyby szansy przeżycia.
Wspólnie z tymi Paniami uratowaliśmy bardzo dużo zwierząt. Kiedy był upał Panie karmicielki z wody oligoceńskiej robiły sztuczną kałużę dla ptaków, kiedy było zimno z własnych oszczędności kupowały ziarno. Pochylały się nad rannym ptakiem, przynosiły kotki do sterylizacji, przynosiły maleńkie, widzące już kociaki, które znajdywały w różnych strasznych miejscach. A nawet zbierały zbierały malutkie jesienne jeże. Ratowały życie. Każda z tych Pań jest inna. Wszystkie trzy za to mocno zamknięte w sobie. Nie ma się też co dziwić. Ludzie nie szczędzili i nie szczędzą im obelg. A że wodę stawiają ptakom, a że dokarmiają darmozjady, a że szczury przez nie się mnożą. Przyklejano im kartki na drzwi mieszkań z wyzwiskami, a czasem nawet z groźbami. Anonimowe oczywiście, bo odważnym się jest tylko, kiedy ginie się w tłumie… Dużo tego spadało na ich barki, a mimo to dalej dzielnie pomagały dzień za dniem .

Jedna z Pań – Pani Hania, miała już osiemdziesiąt trzy wiosny. Kiedy się spoglądało w jej oczy widać było samo dobro, to jak najlepsza Babcia, taka z którą chce się przebywać wciąż i wciąż. Pani Hania, to skromna, cicha kobieta. Żyła obok nas. Na nic nigdy nie narzekała. Nie skarżyła się. Kiedy zebraliśmy dla nich ubrania, podzieliła wszystko sprawiedliwie pomiędzy nimi trzema. Kiedy dostała któraś z nich coś ekstra do jedzenia, to też dzieliły się pomiędzy sobą. Dbały o siebie wzajemnie na swój bardzo specyficzny sposób. Przez to trudne życie, które wybrały, szły razem wspierając się i dając sobie tyle, ile były w stanie podzielić na trzy. Pani Hania zawsze przychodziła do nas z troską o kolejną żywą istotę i mówiła w taki sposób, żebyśmy same znalazły rozwiązanie, czy pomoc, a nigdy niczego nam nie narzucała, czy nie kazała nam zrobić. Dbała o wszystko i o wszystkich. dla mnie miała siłę i ochotę robić co roku rozsady lwiej paszczy do ogródka przychodni, komuś zostawała z kotem, gdy wyjeżdżał, a komuś innemu podlewała kwiaty, żeby podczas jego nieobecności nie ucierpiały. Taki dobry duch osiedla. Można było ufać jej zupełnie. Jedyną wadą jaką miała, to pozostawione pod opieką Pani Hani zwierzę zwiększało mocno swoją objętość podczas nieobecności właściciela.
Ogromnie jest mi ciężko o tym wszystkim pisać. Wspomnienia przemykają przed oczyma, a łzy płyną jak groch. Pani Hania pierwszego listopada trafiła do szpitala.

Nie było siły żeby wcześniej poszła do lekarza, bo nie chciała nikomu robić kłopotu swoją osobą. Mówiła zawsze, że tylu jest ludzi potrzebujących pomocy medycznej, że ona nie będzie zajmowała czasu lekarzowi swoimi głupstwami. Jak się okazało, miała ogromny kłopot ze zdrowiem. Nowotwór zajął jelita. To jest wiadomo dopiero teraz, kiedy już nic nie można zrobić. Żeby nie bolał brzuch Pani Hania nie jadła ileś czasu, tylko piła i brała leki przeciwbólowe. Zgasło światło życia Pani Hani po zabiegu, który zrobiono jej natychmiast po przewiezieniu do szpitala. Za późno było już na pomoc. Wczoraj udałam się wraz z zaprzyjaźnioną z Panią Hanią karmicielką do mieszkania Pani Hani, żeby można było zrobić pochówek. Dobijałyśmy się do mieszkania, bo Pani Hania miała syna. Dzwoniłyśmy na jego telefon, odpowiadał sygnał za drzwi. Wezwałyśmy policję, a w między czasie schodzili się sąsiedzi i każdy z nich opowiedział, jakiś maleńki kawałek historii życia Pani Hani.
Okazało się, że Pani Hania miał syna alkoholika. Człowieka, który znęcał się nad nią psychicznie, a kto wie, czy i nie inaczej..Czekając na policję dowiadywaliśmy się nowych faktów. Pani Hania często nie miała co jeść, ani z czego żyć, bo syn, stary zresztą chłop, przepijał wszystko. Przepijał ich życie.

Słuchałam opowieści sąsiadów, a łzy same cisnęły się do oczu. Byłyśmy tak blisko. Można było jej pomóc nie tylko przy zwierzętach, można było pomóc, na wiele sposobów, ale nic nie wiedziałyśmy. Bezradność i rozpacz jedyne co wtedy czułam. To nie koniec oczywiście, bo wśród tych opowieści w oczekiwaniu na patrol, okazało się, że przyjaciółka Pani Hani, biedna jak mysz kościelna wzięła pożyczkę w wysokości 4 tys., żeby pomóc jej się przeprowadzić. Ktoś tak biedny, bezradny życiowo i całkiem samotny pomaga kosztem siebie, komuś drugiemu, a w około tylu jest ludzi…
Przyjechała policja. Panowie policjanci po 40 minutach dobijania się do mieszkania wezwali już straż i pogotowie, bo padła hipoteza że może zapił się na śmierć. Wreszcie pijany syn Pani Hani raczył się obudzić i otworzył drzwi.
W asyście policji i sąsiadów weszliśmy do mieszkania…
Przez wiele lat, za zamkniętymi drzwiami toczyła się tragedia. Nikt by tego nie podejrzewał. Jasne i zawsze uśmiechnięte oczy Pani Hani, ciepło i serdeczność, żadnego słowa skargi, dobro i życzliwość wyszlifowane przez ból.
 
 Tydzień przed śmiercią, przyszła do przychodni Pani Hania prosząc o pozostawianie kartonów, bo będzie się przeprowadzać.
Byłyśmy w szoku, że mieszka na tym osiedlu ponad 30 lat i nagle się wyprowadza. Powiedziała, że jej w spółdzielni zaproponowali wymianę na mniejsze mieszkanie.
Nie powiedziała prawdy, złego słowa, czy skargi.
Nawet w takiej sytuacji milczała o sobie.. Dostała eksmisję. W wieku osiemdziesięciu trzech lat, schorowana, biedna bez pomocy znikąd, za skromna, by o tę pomoc poprosić dostała ze spółdzielni eksmisję. A kiedy się ze mną żegnała przy okazji kartonów, mówiła żebyśmy się nie martwiły o nią, że ona będzie przyjeżdżać do swoich kotów i będzie nas odwiedzać, bo jesteśmy dla niej jak rodzina. Dziękowała mi za lata współpracy i za to, że zawsze miałam dla niej i czas i serce…Dziś wiem, że czuła iż już nie porozmawiamy, jak mogłam się nie domyśleć, że się dzieje coś złego. Nigdy przecież nie mówiła w taki sposób.
Jasno brzmiało jak pożegnanie… Dziś to wiem.
 
Zaburzył się porządek tego świta. To nie Życie stanowi największą wartość, ale mieć, posiadać, pokazać. Kiedy byłam małym dzieciakiem, to sąsiedzi w bloku znali się wszyscy. Odbywały się wspólne imieniny, dzielili się potrawami świątecznymi, można było pożyczyć przysłowiowej szklanki cukru. A i niekiedy do pionu stawiali sąsiedzi szalejące dzieciaki. To było normalne. Wspominam ten czas, rzec można, jako coś w rodzaju zbiorowej odpowiedzialności, za drugiego, za kwiaty, za trawnik, za ładną i czystą klatkę schodową..Można by wymieniać. Dziś, ludzie nie odpowiadają na proste – dzień dobry. Mieszkają wspólnie na piętrze i wzajemnie się nie znają. Mijają się bezimienni, często sfrustrowani ot tak, bo coś… i gnają za czymś, czego nie wezmą ze sobą do trumny, bo ona nie ma kieszeni. A to wszystko jest proste wbrew pozorom, bo jedyne co mają ludzie, to siebie wzajemnie, wspólnie spędzony czas, chwile, których nie da się wyjąć z serca żadną miarą.
Obecność, to największy dar, który można wzajemnie sobie ofiarować… jak wiele osób jeszcze o tym pamięta ?
Dziś staram się zorganizować pochówek Pani Hani. Jest cały szereg ludzi z którymi współpracujemy, bo nie pamiętam nawet, kiedy tak strasznie byłam bezradna i nie wiedziałam od czego zacząć.
 
Ludzie żyją obok nas. Są serdeczni, ciepli, dobrzy, dbają o innych, a w bólu, samotności i rozpaczy umierają. Pani Hania została zabrana do szpitala, zgasła jak najpiękniejsze światełko po cichutku. Nie płacze po niej świat, a powinien, ale czekają na nią jej bezdomni przyjaciele – koty które dokarmiała. Od czasu, kiedy zabrało ją pogotowie, przestały jeść. Nie schodzą się jak zwykle o określonej godzinie czekając na swoją opiekunkę, mimo, że zawsze Panie chodziły we dwie, to każda miała swoje koty pod opieką. Zwierzaki przyzwyczajone były do Pani Hani. Tęsknią, pozostaje pytanie kto ma więcej uczuć? Kto odbiera sercem? Nie jedzą, mimo że jest zimno. Jutro zaczynamy procedurę prawną pogrzebu Pani Hani. Pochowamy ją. Odchodzi dokładnie tak, jak żyła nie skupiając na sobie uwagi… Będziemy za nią płakać, my, koty, ptaki i jeże…
Mówią, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale gdyby podopieczni Pani Hani potrafili mówić, to z pewnością powiedzieli by coś innego…
Zdjęcia i tekst stanowią własność Przychodni Feniks. Prosimy nie kopiować.
Powrót do góry